|
|
|
| W sobotę, 18 lutego, odbył się kolejny ze słynnych rajdów naszego liceum.
Tym razem mieliśmy przebyć drogę od wieży Bismarcka do wieży Quistorpa, choć
określenie dokładnej trasy od początku przysparzało sporych trudności. Pewne było
jednak miejsce zbiórki, w związku z czym o godzinie 9:00 pod katedrą znajdował się już
komplet wędrowców. Najwięcej uczniów było z klas pierwszych, a grono pedagogiczne
reprezentowali: pani Marta Fenrych, pani Ania Kisielewska, ksiądz Wojtek Manleski, pan
Tomasz Kenar,
pan Łukasz Piskorski oraz pan Artur Rusinek, który pojawił się jednak nieco później.
|
|
|
|
|
|
|
|
"Zwarci" i gotowi - wyruszyliśmy do tramwaju, by dojechać na Gocław, bo właśnie tam miała
się zacząć prawdziwa przygoda. Pokonawszy podejście do wieży, każdy wiedział już, na ile
odpowiednie są jego buty, a trzeba przyznać, że wspinanie się na oblodzoną górkę, która w
dodatku zaczyna się uporczywie roztapiać, do łatwych nie należy. Przekonała się o tym chociażby
pani Ania, której udało się dotrzeć do celu dzięki asekuracji jednej z uczennic (czego się
nie robi dla piątki z matematyki)! |
|
|
|
|
Na górze, oprócz wykonania pamiątkowych zdjęć, pojawiały się ciekawe plany
zagospodarowania zabytku, ale jak wiadomo sam pomysł nie wystarczy, trzeba mieć jeszcze
odpowiednie fundusze, w związku z czym porzuciliśmy marzenia i wyruszyliśmy w dalszą drogę.
Jak wchodzenie na szczyt góry przebiegało jeszcze w miarę spokojnie, tak przy schodzeniu
rozgrywały się niemalże dantejskie sceny. Każdy bowiem próbował odnaleźć najlepszy sposób
na dostanie się na dół z możliwie minimalną liczbą uszkodzeń. Tak więc, jedni dzielnie posuwali
się krok po kroku balansując by utrzymać równowagę, drudzy widzieli swą nadzieję w drzewach,
lub chociażby samych gałęziach, inni jeszcze, wspominając zapewne swe dziecięce lata,
postanowili po prostu na dół zjechać. Większość dała sobie radę sama, może z wyjątkiem pani Ani,
dla której naprędce trzeba było sformować grupę ratunkową (czego się nie robi dla piątki
z matematyki). |
|
|
|
|
|
|
|
Kiedy już wszyscy pokonali to trudne zejście i cieszyli się chwilą wytchnienia, pani
Marta zadała pytanie, które każdego zbiłoby z tropu. Brzmiało ono: "Gdzie my właściwie jesteśmy?"
Z początku nikt nie wyczuł grozy, jaka się w nim czaiła i beztrosko odpowiadano, że "jesteśmy
tam, skąd przyszliśmy." I to właśnie stanowiło największy problem. My wcale nie powinniśmy
tam być. Co więcej, nie powinniśmy w ogóle z tej górki schodzić. Minęła chwila zanim do
wszystkich dotarło, co się właściwie stało, a pani Marta udała się z panem Tomkiem na naradę.
W tym czasie, od strony przystanku tramwajowego, nadszedł pan Artur, który został powitany
gromkimi brawami. Nie mając jeszcze rozeznania w zaistniałej sytuacji, skromnie stwierdził,
że nie musieliśmy na niego czekać. W tej samej chwili podjęto decyzję dokąd mamy się dalej
udać, więc, nie tracąc czasu, wyruszyliśmy. |
|
|
|
Pan Artur szybko znalazł się na czele wyprawy i wiele się nie zastanawiając, prowadził
nas z pewnością siebie godną prawdziwego przewodnika. Z kolei pan Tomek, który najwyraźniej
bardzo chciał zająć jego miejsce, gorączkowo przeszukiwał mapę w celu odnalezienia właściwej
trasy. Trwało to jakiś czas i trudno powiedzieć czy pan Artur najzwyczajniej w świecie szedł
właściwą drogą, czy może po prostu pan Tomek nic z tej mapy nie wyczytał, bo szybko się jej
pozbył i więcej go już z nią nie widziano.
Tempo, które narzucił pan Artur sprawiało niektórym najwyraźniej pewne problemy,
bo ni z tego, ni z owego dokonał się podział na dwie grupy. Pan Łukasz w którymś momencie
skwitował, że "Artur chyba się z kimś przy tej wieży umówił i dlatego tak pędzi". Przez pewien
czas grupa prowadząca starała się jeszcze co jakiś czas zatrzymywać, by pozostali mogli do nich
dołączyć, ale dosyć szybko z tego zrezygnowała. Pan Tomek, który szedł teraz ramię w ramię z
panem Arturem, z zadowoleniem stwierdził, że obalił panią Martę i on tu teraz prowadzi, po
czym obwołał się Wielkim Imperatorem i od tej pory mieliśmy się zwracać do niego
"Najjaśniejszy". Imperator czy prezydent, pan Artur i tak wiedział, że potrzebny
będzie doradca, więc ostatecznie wyszło na jego. |
|
|
|
|
|
|
|
Rajd jednak już dawno zamienił się w survival (dla niewtajemniczonych dodam, że
to tak zwana "szkoła przetrwania"). Poruszaliśmy się ścieżką, której nie było, brnąc prawie
po kolana w śniegu. Nie traciliśmy jednak pogody ducha, najważniejsze w końcu było, aby
"trzymać fason", bo jeszcze druga grupa pomyśli, że nie wiemy którędy iść. Mniej więcej po
dwóch minutach takiej drogi, pan Tomek wyraził przypuszczenie, że pod nami znajdują się bagna
(ten człowiek to dopiero potrafi pocieszyć), w związku z czym zarządzono odwrót. Dalsza
droga była równie interesująca - przedzieraliśmy się przez błotniste wertepy, co stało
się kolejną przyczyną zabrudzenia odzieży, nie wspominając o butach, w których większość
miała już małe jacuzzi. |
|
|
|
|
|
|
|
Gdy zbliżyliśmy się już niemal do celu wędrówki, nagle pochód się zatrzymał i
dało się słyszeć głośne: "Słuchajcie - był to pan Tomek - do tego przedszkola chodziłem!"
Ton jakim wypowiedział owe słowa sugerował, że w tym momencie powinniśmy wszyscy wydać z
siebie pełne zachwytu "aaaaach!". Na dalszym odcinku trasy czekały nas kolejne oblodzone
pagórki i właśnie wtedy zakończyła się dobra passa pana Artura, czego, z sympatii do niego,
nie będę wnikliwiej opisywać. Kiedy jednak wreszcie znaleźliśmy się u stóp Wieży Quistorpa,
stwierdziliśmy, że wstydem byłoby na nią nie wejść. Gdy już to zrobiliśmy, ogarnęły nas
wątpliwości czy to oby na pewno była mądra decyzja - trzeba było przecież jeszcze z niej
zejść, a schody oblodzone i w dodatku niekompletne. Szczęśliwie, nie zabrakło takich,
którzy zabrali ze sobą noże, w związku z czym można było trochę lodu skuć i tym samym
uczynić schody bardziej "drożnymi". |
|
|
|
|
|
|
|
Po pewnym czasie dołączyła do nas pozostała część ekspedycji i
zaczęto robić zdjęcia, wymieniać się wrażeniami, a także obliczać poniesione straty.
Mimo zmęczenia, humory wciąż wszystkim dopisywały, a kiedy znaleźliśmy się na przystanku
"trójki", wielu z uczuciem ulgi spoczęło na ławkach... |
|
|
|